Życie żuka/Cuda są takie proste

***Życie żuka***

Jako mała piegowata dziewczynka podczas wędrówek po lesie zawsze pochylałam się nad bezradnymi żukami, które przewrócone na grzbiet machały desperacko wszystkimi nóżkami. Rozczulał mnie ich wysiłek. Rozczulała bezradność. Rozczulała bezsilność. I kruchość wobec potęgi lasu wokół. Nie lubiłam dotykać ich włochatych odnóży, ale pomagałam im się przekręcić za pomocą patyczka lub listka. A potem patrzyłam jak ruszają przed siebie połyskując granatowo-czarnym grzbietem.

Przypomniało mi się to teraz, kiedy leżę w białej pościeli, pod białym sufitem i od dwóch miesięcy nie mogę położyć się na boku, ani samodzielnie usiąść, ani wstać, ani zrobić kilku kroków.

Jak więc wygląda życie żuka leżącego na grzbiecie?
Czy jest w nim miejsce na cuda?

Jest. Gdzieś pomiędzy potęgą bólu, strachu, złości, zwątpienia, żalu, tęsknoty znajduje się miejsce na cuda albo chociaż małe cudeńka, a może raczej cudaczki. 

 

  • Dłoń pielęgniarki głaszcząca mnie po włosach podczas bolesnego zabiegu.

  • Spokój duszy i umysłu kiedy w otoczeniu pielęgniarzy, doktorów i profesorów dwa razy walczyłam o życie. Pewność, że mimo tragedii, moja śmierć miałaby jakiś sens. 

  • Spojrzenie w oczy Pana Profesora i słowa „Już wszystko dobrze”.

  • Ukochany, który każdego dnia jest przy mnie w sposób najlepszy i najczulszy z możliwych.

  • Poczucie, że moja choroba mnie zmienia na lepsze. Zmienia na lepsze moje życie i życie moich dzieci, choć nie widziałam ich tak długo.Zmienia na lepsze życie moich najbliższych i przyjaciół.

  • Wdzięczność za każdy, choćby najmniejszy znak od przyjaciół, że są blisko.

  • Błękit nieba i czubki sosen za oknem. Na jednej z gałęzi nieustannie przesiaduje duże ptaszysko. Mam wrażenie, że jesteśmy w kontakcie i mój opierzony kumpel mnie pilnuje.

  • Bulgot wody obok mojego łóżka, nawilżającej tlen, bez którego nie potrafię oddychać. Kiedy zamykam oczy, jestem nad pełnym życia, krystalicznym potoczkiem.

  • Pulsoksymetr, którego nie wolno zdjąć z palca świecący czerwonym światełkiem. Gdy wieczorem przykładam do niego oko wygląda jak przybysz z innej planety.

  • Zabawa w zgadywanki. Zamykam oczy i rozpoznaję po krokach i głosie personel szpitala. Jestem w tym całkiem niezła!

  • Siniaki, które na moim ciele wyskakują jak grzyby po deszczu, zmieniają kolory i kształty, tworzą całe konstelacje. Zajmujący materiał do obserwacji:)

  • Bezszelestne mycie podłogi przez panią salową. Lubię obserwować pojawiające się na podłodze mokre, lśniące smugi, a potem obserwować ich nieprzewidywalne znikanie.

  • Szalone mycie włosów w łóżku przez wesołego pielęgniarza przy muzyce Guns’n’Roses.

  • Smak soku mango, którego podanie mi przez maskę tlenową za pomocą drenu przerobionego na słomkę, było prawdziwą ekwilibrystyką.

  • Stopy włożone do miski pełnej ciepłej wody z pianą.

  • Dotyk czystej, chłodnej pościeli.

  • Śmiech jakiegoś malucha dobiegający zza okna.

  • Poranne świergolenie ptaków, które słyszę na osłodę, kiedy ból budzi mnie o świcie.

  • Promienie słońca, które popołudniami łaskoczą mnie po buzi i stopach.


Dzień dość ponuro i boleśnie mija za dniem. Monotonię szpitalnego życia przerywają tylko ból, zabiegi, badania i dramatyczne pogorszenia stanu zdrowia, kiedy to życie zawisa na wątłej niteczce. Nie szukam cudów na siłę. Po prostu je widzę. Mimo łez, którym zdarza się czasem popłynąć gorącą strugą.

Żuk na leśnej ścieżce zdany jest na to, co wokół. Na siły potężniejsze od niego. O jego woli walki świadczą poruszające się desperacko odnóża. Pozostaje mu jednak czekać, aż przyjdzie piegowata dziewczynka i delikatnie za pomocą patyczka przewróci go grzbietem do góry.

Nie zostawiajcie żuków na leśnych dróżkach. Czasem taki mały patyczek to wielka rzecz. Pomaga iść dalej do życia, dzieci i swojej misji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *