Wreszcie!/Cuda są takie proste

 

***Wreszcie!***

Łasa na mruczenie kota, słoneczne promienie i uśmiechy. Pochłania świat jak lukrowane pączki. Niestety zaczęła podejrzewać, że wewnątrz zamiast różanego nadzienia znajdzie zjełczałą pastę do butów. Jakoś to przełknie. I pójdzie dalej.

Krąży po planecie jak ptak. Ma wolność, wybór i lekkość. 

Ludzie wzdychają – jak dobrze być ptakiem… Nie wiedzą, bo i skąd, jakie jest ptasie życie. Nie widzieli jak długo goiły się połamane skrzydła. Nie czuli deszczu, wiatru i śniegu na delikatnych piórkach i w kruchych kostkach. Bo jest krucha jak porcelanowa filiżanka, muszelka, ziemniaczany czips.

A może raczej jest jak woda… Daje życie. Nadzieję. I bez trudu układa się wygodnie w każdym naczyniu.

Nie! Jest jak zabawka dla małego chłopca – samochodzik, który rozbija się o ścianę, ale zaraz w okamgnieniu przybiera nowy, fantastyczny kształt i obiera nowy kierunek jazdy, zanim jeszcze w oczach chłopca zdążą pojawić się łzy.

 Jak dziecko kocha weneckie karuzele, mozaiki, witraże i kalejdoskopy. Nigdy nie przechodzi obok nich obojętnie. 

W jej duszy mieści się ocean łez, a jednak oczy ma brązowe. Może dlatego tak bardzo lubi chować w kieszeniach kasztany i wyjadać orzechy z czekolady?

 Każdy ból zmienia w miłość. Każdy cios w dawanie. Każdy atak w zrozumienie. Każdą słabość w siłę. Dobro zawsze do niej wraca porywami gwałtownego wiatru. 

Urodziła się wiele razy. Wiele razy umierała. Ostateczna jasność wciąż przed nią. 

Przytuliła tyle dzieci, że prawdopodobnie każdy jej pieg, to ślad któregoś dziecka obdarowanego kroplą czułości. Nigdy nie odwraca oczu od dziecięcych łez.

Gdyby mogła, co rano stałaby boso na piasku i patrząc w morze oddawałaby się jego wiecznemu falowaniu.

Gdyby mogła, co dzień w wazonie układałaby jaśmin, peonie i konwalie. Ale nikt już nie kupuje jej kwiatów.

Gdyby mogła, co wieczór leżałaby na trawie i liczyła gwiazdy.

W jej sercu doświadczenie, warstwa po warstwie, ułożyło gorzki przekładaniec życiowych mądrości. A ona coraz częściej z wyrozumiałością kiwa głową jak pomarszczona staruszka. 

A zaraz potem rozgląda się okrągłymi jak u dziecka oczami. Ufa, wierzy, słucha i chłonie wszystko. Wciąż się dziwi. Pyta ile ziarenek piasku mieści się w garści.

Rano płacze słuchając zbyt smutnej muzyki. Każdego wieczoru romansuje z innym poetą. Zasypia na chmurce wdzięczności. Zrywa ją w nocy senny koszmar. Ucieka, chowa się, dusi, gubi.

Pyszna jest. Tak mówią. Bo słodko pachnie i słodko pachnie w jej magicznym domu.

Chowa w sercu wielki głaz strachu, obok którego szumi nieustająco wodospad miłości.

Wreszcie! Wreszcie zrozumiała dlaczego jedyną słuszną odpowiedzią jest miłość. 

Wytłumaczyło jej to cierpienie. 

Wyjaśniły ból, tęsknota i rozczarowanie. 

Teraz już może być spokojna. 

Wierzyć w co chce. 

Więc wierzy…w miłość i cuda. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *