Witaj, Wiosno!/Cuda są takie proste

***Pierwszy Dzień Wiosny***

Przez wiele lat miałam taki zwyczaj, że był to dzień, w którym świętowałam życie, przebudzenie i z tej okazji sama sobie kupowałam kwiaty, czasem obdarowywałam nimi kogoś…

W tym roku moje świętowanie wygląda zupełnie inaczej.

Jestem chora. Latem kilkakrotnie zatrzymałam śmierć. Teraz, każdy mój dzień to zmaganie. Z traumą umierania, fizycznym bólem, który od wielu miesięcy towarzyszy mi codziennie, ze strachem co dalej i z przejmującą tęsknotą za życiem.

Moje życie się podzieliło. To normalne. Każda trauma dzieli życie na części. Moje też pękło. I jestem w tej drugiej jego części.

Diagnoza brzmi – zakrzepica. Nikt nie wie dlaczego tak pazerna. Dlaczego zatrzymała mi serce? Dlaczego zagarnęła płuca, żyły i tętnice? Dlaczego zaprowadziła w moim ciele nieodwracalne zmiany? Dokonała takich zniszczeń! Zatrzymała mnie w biegu, z głową pełną pomysłów, z marzeniami o podróżach, z planami, chęcią działania…

Jest mi smutno. Bardzo smutno. Jestem bardzo zła, pełna żalu. Codziennie płaczę z tęsknoty za życiem. Ze złości na moje ograniczenia. Mój organizm nieustannie domaga się snu. Może dlatego, że wtedy nie myślę o tym czego nie mogę, nie czuję bólu, nie złoszczę się na los i moją niemoc, słabość.

Kiedy planuję kolejne dni, często zapominam o chorobie. Tak jak wczoraj… Zaplanowałam wyjście z dziewczynkami do kawiarni, wspólny obiad w barze mlecznym, a potem indyjskie święto Holi w Muzeum Etnograficznym. Zapomniałam, że w połowie siedzenia nad kawą już będę zmęczona. Wróciłyśmy do domu prosto z kawiarni. Nie dałam rady nic więcej. Odsypiałam kilka godzin tę wycieczkę. 

Ale…dziś święto wiosny, przełom, zaczyna się nowy rok wegetacyjny… spróbuję i ja!

Mam plan. Małe kroki. Powoli. Dokądś dojdę przecież. Lepsze to niż kolejne dni na fotelu czy w łóżku.

Małe kroki codziennie…

dawka świeżego powietrza, zdrowa dieta, praktykowanie wdzięczności, samoleczenie miłością, czytanie, bo to kocham, gimnastyka, dbanie o skórę i ciało – pełna miłości pielęgnacja, dzielenie się tym, co mam…

Zacznę nieudolnie zapewne, poniosę parę porażek, ale stawka jest zbyt duża, żeby nie spróbować. Stawką jest moje życie!

Spróbuję powoli, niezdarnie, bo dopiero uczę się kochać siebie. Wypróbuję na sobie wszystkie te małe rzeczy, które sądzę, że mogą uczynić cuda. Muszę być ostrożna, bo mój organizm jest bardzo słaby.

Tylko…Czemu to takie trudne, skoro wygląda tak prosto?

Bo wszystko zaczyna się w głowie, w sercu. Od miłości. Kochania siebie. Swojego ciała. Swojej osobowości.

Ja tego nie umiem. Wciąż sobie dokładam. Nie doceniam siebie. Mam do siebie ciągły żal, wbijam się w poczucie winy, niespełnienia, nie słucham swoich potrzeb, pomniejszam swoje sukcesy.

Jednak moment, w którym dziś się znalazłam stanowczo daje mi taki wybór: pokochaj siebie i żyj albo nic nie zmieniaj i wegetuj, usychaj.

W moim sercu jednak za wiele jest żaru, by pozwolić sobie na wegetację. Za wiele miłości. Umiem tę miłość siać wokół. Teraz czas, bym pokochała siebie i prawdziwie przytuliła. Zadbała o siebie najpiękniej jak umiem, a umiem czynić dobro i cuda. Wiem to, bo dobro do mnie wraca, ale zawsze z zewnątrz. Teraz przyszedł czas, bym sama je sobie dała, by wróciło od środka.

Czy to egoizm? Tak! Zdrowy, piękny i dorodny egoizm. Jednak wiem, że jedynie jeśli będę żyć, a nie usychać, jedynie jeśli przestanę wegetować będę dla innych, dla córek, najbliższych i świata. Tylko wtedy!

Witaj Wiosno! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *