Umieranie/Cuda są takie proste

Śmierć wkrada się niepostrzeżenie. Nie jest jak wybuch supernovej. 

Obserwuję niebo i nie dostrzegam, jak błękit blednie i szarzeje.

Dotykam owoców czarnego bzu i nie zauważam jak obsychają.

Przechodząc trącam liście i nie widzę jak tracą zieloność.

Pochylam się nad aksamitkami i nie słyszę ich bezszelestnego wiotczenia.

Wystawiam twarz do słońca i nie czuję, że wielka gwiazda stygnie.

Idę przez ogród i nie odczuwam, że ziemia z każdym moim krokiem staje się coraz chłodniejsza.

Siadam na schodach przed domem. 

Szukam w ogrodzie życia. 

I wtedy uderza mnie w twarz zimny wiatr – oddech śmierci.

Niebo nie jest już chabrowo-błękitne. Zmęczyło się. Wyblakło, sprało przez życie. Jak ulubiona sukienka, której już nie noszę.

Owoce czarnego bzu pokryły się siateczką zmarszczek zanim zdążyłam je zebrać. Chłód zabrał blask czarnych koralików. Strach zabiera w ten sposób blask oczom. 

Liście na drzewach zrezygnowały z soczystej zieloności i seledynowej poświaty. Kurczą się, brązowieją, czerwienią, żółkną. Nie wystrzelają buńczucznie w stronę nieba. Smętnie szukają spoczynku na ziemi. Lada moment drzewo za oknem rozbłyśnie czerwienią jak zapałka i zaraz zgaśnie – czarne i zgarbione. Słabe i smutne niczym ciało zmęczone bólem.

Marchewkowe aksamitki przez całe lato manifestowały swoją radość. Wciąż pełne energii, śmiałe. Dziś, kiedy pochylam się nad nimi wzruszają mnie drobne, uschnięte listki i rachityczne główki. Kolor gaśnie. Jak nadzieja. A płatki w dotyku przypominają znużoną skórę dłoni opatuloną rysunkiem zmarszczek i strumykami żyłek.

Słońce wlewa się już gorącym złotem w moje ciało. Nie wypełnia siłą. Promienie niczym zbyt krótkie ramiona, nie sięgają już, by mnie objąć. Mimo to chwytam je łapczywie, jak bezcenne hausty powietrza… Zanim znikną za gęstym kożuchem chmur. Światło, jak tlen, nie rozchodzi się swobodnie po moim organizmie, więc co wieczór kulę się z zimna.

Chłód ziemi pod stopami nie zaprasza już do wędrówek. Każe raczej z tęsknotą wspomnieć tę pulchną, miękką i ciepłą ziemię, która była tu jeszcze przed chwilą, a teraz skłania, by się zatrzymać. Skulić. Poszukać cichego schronienia. 

I nagle…nadlatują motyle. Jeden, drugi, za chwilę trzeci. Podrygują przede mną radośnie! Czy nie wiedzą, że dni ich życia można policzyć na palcach?

1 thought on “Umieranie/Cuda są takie proste

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *