Ponury windziarz/Cuda są takie proste

***Ponury windziarz***

Opowieść o Ponurym Windziarzu z katedralnej wieży…

Po przejściu czterdziestu stromych, kamiennych schodów na wieżę katedry można jechać windą. Trzeba tylko poczekać. Winda utrzymana w klasycznym stylu PRL-u porusza się po kręgosłupie gotyckiej katedry wznosząc ciekawskich turystów ku niebu, na oglądanie panoramy miasta. Kiedy zatrzymuje się z charakterystyczną socjalistyczną czkawką Pan Windziarz bez słowa i mrugnięcia okiem otwiera drzwi, by wypuścić zjeżdżających i wpuścić wjeżdżających do windowego brzucha wyłożonego lakierowaną na wysoki połysk dyktą.

Wjechaliśmy w ciszy. Nawdychałam się na górze wiatru i widoków. Nacieszyłam oczy dachami, rzeką, zielenią i okrągłościami gór na horyzoncie.

W drodze powrotnej w windzie tłok. Stoimy po polsku, twarzami do siebie. Obserwuję niewzruszoną twarz Pana Windziarza tuż przede mną. I nagle słyszę jak ktoś pyta:

– A pan, to się nigdy nie uśmiecha?

Dociera do mnie, że to ja spytałam! Po co? Mój wewnętrzny chochlik spodziewał się widocznie jakiejś figlarnej odpowiedzi. 

I dostał. 

Ale zanim dostał na twarzy Pana Windziarza odmalowała się głęboka refleksja. Nie była to jednak refleksja nad samym pytaniem, bo odpowiedź nań była dla niego więcej niż oczywista. Była to refleksja nad faktem, że ktoś do niego przemówił. Wymiana myśli była dla niego kompletnie bezzasadna i pozbawiona jakiegokolwiek sensu.

Spojrzał na mnie z wyrazem wielkiego zadziwienia w oczach. I udzielił odpowiedzi brzmiącej jak prorocza przepowiednia ukazując przy tym spektakularne braki w przednim uzębieniu:

– NIE. A PO CO?

I wówczas winda czknęła wyrzucając nas w milczeniu z brzucha na konfrontację z czterdziestoma schodami w dół.

Panie Windziarzu…dziękuję za Pana zdziwienie w oczach. Dziękuję za tę odpowiedź. Skłoniła mnie do szukania własnej odpowiedzi. I chcę Panu powiedzieć, że przeżyłam chwile, kiedy nie miałam nic „na pewno”. Nawet oddech nie był oczywisty. W takich chwilach, nawet ta oczywista oczywistość, nie doceniana, nie zauważana, nie szanowana – oddychanie – było cudem. 

A co dopiero uśmiech?! Choćby ten wewnętrzny, w środku, kiedy moje ciało – umęczone opakowanie – nie miało już siły nawet na lekkie uniesienie kącików warg. W takiej chwili uśmiech jest jak supernova, zwiastowanie, nirwana. 

Cuda są takie proste. A uśmiech może rozjaśnić najciemniejszą ścieżkę. Pod warunkiem, że rozpala się autentycznie w naszym wnętrzu.

Wiem, że to trudne, więc…uśmiecham się do Pana, Panie Windziarzu z wdzięcznością. Przypomniał mi Pan o cudzie uśmiechu:)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *