Cud cierpienia/Cuda są takie proste

**Cud cierpienia***

To niewiarygodne.

Rozkwitam!

Fizycznie wręcz czuję jak moje serce kwitnie, a dusza wypuszcza soczyste zielone pędy!

Cierpienie to dar. Prawdziwy cud. Wielki dar niebios, którego tak bardzo nie chciałam przyjąć. Jednak wbrew mojej woli ból, strach, łzy, rozpacz i tęsknota wyskoczyły z pudełka jak pajacyki na sprężynkach. Wyłam i wiłam się w cierpieniu. Tonęłam we łzach rozpaczy i rezygnacji. Płonęłam złością i buntem. Umierałam z pragnienia na pustyni tęsknoty za dziećmi. Nienawidziłam sama siebie za to, co mnie spotkało. Kiedy czułam, że nie zniosę już ani odrobiny bólu – bolało jeszcze i jeszcze mocniej. Kiedy byłam pewna, że ten oddech jest już moim ostatnim, chwytałam łapczywie powietrze pomimo bólu rozrywającego klatkę piersiową. Kiedy nie byłam w stanie znieść już żadnego dotyku obcej dłoni, dotykano, badano i sprawdzano jeszcze dziesiątki, setki razy. Zeksplorowano każdy milimetr mojego posiniaczonego i wychudzonego ciała tak bardzo, że stało mi się obce. Zapomniałam jak siedzieć, chodzić, brać prysznic. Zapomniałam o niebie, słońcu, kwiatach i gwiazdach. Zapomniałam o delikatnym dotyku wiatru na twarzy, o ziemi pod stopami, o strudze wody na dłoniach, zapachu trawy. Zapomniałam o wspólnych posiłkach, porannej kawie przy włączonym radiu, zapachu zupy i śmiechu córek. Mój świat skurczył się do rozmiarów szklanego boksu szczelnie wypełnionego maszynerią, jednej szafki i łóżka, które jest moją sypialnią, jadalnią, łazienką, pokojem dziennym oraz gabinetem zabiegowym. Rytm życia wyznaczyły piknięcia monitora oraz nieustanna praca niezmordowanego materaca przeciwodleżynowego. Chwile, godziny, dni, doby, tygodnie, miesiące upłynęły na obserwowaniu mojego tajemniczego organizmu. Wsłuchana w każdy oddech, każdy znak z wnętrza, każdą najmniejszą zmianę obrosłam potężnym pancerzem obojętności. Obojętności na kosmos i jego obfitość cudów, na ciepło, wiarę, radość, miłość, na dary ludzkich serc, na człowiecze dobro. Trwałam w pancerzu. Wszystko wirowało poza mną.

Aż nagle…cichutki trzask…coś pękło. Nie wiem czy był to promień słońca, dotyk Anioła, czułość Ukochanego…cokolwiek to było, sprawiło, że na pancerzu pojawiła się drobna rysa, która powoli zmieniała się w niewielką szczelinę. Ja sama iskierką wewnętrznego światła sprawiłam, że pancerz pękał, a do jego wnętrza zaczynało docierać światło. Światło płynęło wprost w moje serce szerokim strumieniem. Promienie złote, różowe, rubinowe, szmaragdowe i błękitne, o niezwykłej sile i diamentowym blasku ogarniały całe moje obolałe ciało, całą cierpiącą duszę, wszystkie roztrzepotane myśli. Powoli otwierałam oczy, ostrożnie brałam oddech, rozluźniłam zaciśnięte pięści i zęby. Zwracałam codziennie oczy w stronę światła, jak słonecznik wędrujący za słońcem.Wreszcie moja wewnętrzna energia skruszyła szary pancerz.

Leżę teraz w wykrochmalonej, bielutkiej pościeli, w szklanym boksie dość szczelnie wypełnionym maszynerią, jedną szafką i łóżkiem, które jest moją sypialnią, jadalnią, łazienką, pokojem dziennym oraz gabinetem zabiegowym. Złote światło głaszcze mnie po włosach przenikając wprost do mojego serca i wypełniając je miłością. Serce rośnie i przeczuwam, że za chwilę ogarnie kosmos. W sercu codziennie wschodzi słońce. Serce rozkwita wszystkimi kwiatami świata. Czuję się tu bezpieczna, jestem częścią najpiękniejszej całości razem z niebem, słońcem, księżycem, gwiazdami, kwiatami, wiatrem, ziemią i wodą. Oddech przypływa i odpływa jak ciepłe fale oceanu, a krew krąży radośnie w moich żyłach niczym górski strumień. Wraz ze złotym światłem płynie do mnie rzeka – nie! – wodospad ludzkiego dobra. Mgła przebaczenia wreszcie zaczyna mnie otulać mleczną, miękką ciszą. Wszystko wiruje razem ze mną porywając do swobodnego tańca życia pełnego wdzięczności i otwartości na dary.

Niedługo wstanę i pójdę przed siebie. Rozdzwoni się śmiech córek. Zapachnie kawa. Zapachnie zupa. Zazieleni trawa pod stopami, a może to już będą się złocić jesienne liście…

Cierpienie pokazało mi kosmos. Pokazało, że prawdziwie jestem jego częścią. Pokazało siłę miłości. Moją siłę. Siłę przebaczenia. Siłę dobra. Wszystkie życiowe lekcje odrobiłam jeszcze raz.

Będę zdrowa. Cuda są takie proste.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *