Crash test/Cuda są takie proste

***Crash test***
Ta notatka będzie się pisać kilka dni.
Zaczynam ją z powodu bólu.
Co boli? Wszystko.
Mądrość ludowa głosi, że historia lubi się powtarzać. Maj zaskoczył mnie w tym
roku słodkim zapachem rzepaku, rozwydrzoną zielonością i jeszcze bardziej
rozwydrzoną chorobą, która fika sobie jak roześmiane dziecko po moim
organizmie. A jeszcze pamiętam zapach konwalii obok szpitalnego łóżka sprzedtrzech lat.
Ten maj znów skonfrontował mnie z życiem, siłą, wolą walki, nadzieją, miłością
i wiarą w cuda. Ha! Crash test!
No bo jak tu z Intensywnej Terapii w słabości, strachu o życie, wyczerpaniu nieopisywalnym bólem i tęsknocie za dziećmi głosić wiarę w cuda i miłość?!
Jest 3.15 w nocy. Słucham pojękiwań innych pacjentów i świergolenia aparatury
monitorującej nasze nadwyrężone funkcje życiowe i szukam cudów.
* Żyję! Choć wyniki badań wskazywały na coś zupełnie innego.
* Oddycham. Choć przyznaję że z trudem.
* Wytrzymałam największy ból. Choć sądziłam, że TAKI ból w przyrodzie nie
istnieje.
* Kocham i jestem kochana. Miłość przenosi mnie łaskawą i troskliwą dłonią
nad cierpieniem.
* Tęsknię. To znaczy, że mam za kim i za czym.
* Marzę. To znaczy, że ból nie podciął mi skrzydeł.
* Wierzę. W dobro i miłość.
* Jestem wdzięczna za każdą chwilę. To znaczy , że cierpienie nie zalało mnie
goryczą.
* Cieszą mnie drobiazgi – ciepła kawa, różowe paznokcie, zapach mydła, ludzki
uśmiech, wiosenny powiew zza okna… To znaczy, że choroba nie pozbawiła
mnie zachwytu dziecka.
3.40 w nocy. Przeszłam crash test i potwierdzam. ..CUDA SĄ TAKIE PROSTE!
Ciąg dalszy nastąpi.
PS. Widzicie? Nawet ta bezsenność jest po coś. Napisało mi się:)
Minął tydzień. Bólu i łez było więcej niż się spodziewałam. Więcej też było dobra i miłości. Wciąż leżę wdychając życiodajny tlen. Mniej boli. Mogę podziwiać piękne niebo za oknem i puszyste obłoki w słońcu. Rozmyślam czy są juz truskawki, czy zakwitł jaśmin i peonie. Słodki zapach konwalii umknął mi w tym roku. Gdzieś daleko za oknem szumi Warszawa, a ludzie gonią swoje ważne sprawy.
Ja tymczasem już mogę prawie ułożyć się na lewym boku i oddychać bez bólu.
To mój cud!
Mnie tymczasem przyjaciółka delikatnie okrywa pod samą szyję kiedy telepią mną gorączkowe dreszcze. Pomaga. To mój cud!
Powoli odchodzę od najsilniejszych leków przeciwbólowych i ostrożnie zaczynam oddychać bez bólu. Jaka radość! To mój cud.
I pewnie już niedługo sama przejdę cały korytarz! To też mój cud.
Sufit mają tu tak samo biały i nudny jak w każdym szpitalu, ale tu też- jak wszędzie- cuda są takie proste!
Minęły trzy miesiące. Bólu i łez, dobra i miłości było jeszcze więcej niż się spodziewałam. Już nie boli.
Minęły konwalie, peonie, jaśmin, truskawki i nawet czereśnie. Odlatują bociany.
Wszystko wróci za rok. To cud świata i mój cud, którym świat ze mną łaskawie się dzieli.
Teraz dopiero jestem w stanie powolutku i bardzo uważnie przejść cały korytarz. To mój cud.
Dziś wiem, że chodzenie, które dotychczas było dla mnie tak oczywiste, daje mi wolność i niezależność.
A oddychanie, z które nigdy nie byłam wdzięczna, łączy mnie z życiem.
To moje cuda, które są takie proste!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *