Anioły w kitlach/Cuda są takie proste

***Anioły w białych kitlach***

Ten tekst to nieudolna, skromna i wybiórcza forma spłaty długu wdzięczności wobec wszystkich lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy, salowych, dzięki którym żyję, mam się przyzwoicie i wciąż wierzę w ludzi. Tych cudownych ludzi były dziesiątki, jeśli nie setki. Nikt nie był dla mnie niedobry, co najwyżej brakowało mu empatii lub umiejętności. Niektórych spotkałam raz, na chwilę, innych twarze widywałam wiele razy pochylone nad moim łóżkiem. Jednych już nigdy prawdopodobnie nie zobaczę, innych spotykam regularnie podczas kolejnych, niezbędnych kontroli. Każdą z tych osób jednak wspominam z poczuciem, że żadna z nich nie pojawiła się blisko mnie przez przypadek. 

Adam – profesor, wielka klasa, inteligencja, wiedza. Spotkanie z takim człowiekiem zostaje w sercu na całe życie. Poświęcił mi wiele dni, nocy, przejechał dla mnie wiele kilometrów, zapisał setki stron, wykonał setki badań. Zawsze ze spokojem, uśmiechem, ciepłem i wielką klasą. Kiedy wie, że u mnie nie najlepiej, znajduje mnie telefonicznie nawet na drugim końcu świata, by wspomóc ratujących mnie lekarzy. Człowiek-zjawisko.

Agnieszka – pielęgniarka o cudownym uśmiechu, piękna, pełna życia, miłości i życiowej mądrości, którą można zdobyć tylko na krętych i wyboistych ścieżkach. Po prostu czuła mnie, wiedziała i rozumiała kiedy potrzebna cisza, kiedy uśmiech, masaż, a kiedy spojrzenie pełne zrozumienia dla mojego bólu, rozterek serca i samotnego macierzyństwa.

Aiza – salowa, młodziutka Czeczenka. Ciężko pracowała, nie miała nigdy czasu na pogawędki. Rozmawiała tylko tyle, ile zajmowało jej sprzątnięcie mojej malutkiej izolatki. Ceniła życie, pracę, dobrych ludzi. Nie narzekała. Miała w sobie niespotykaną skromność i wdzięczność. Doceniała wartość dawania. Na pociechę przemycała mi w kieszeni fartuszka batoniki, wciskając do ręki dyskretnie „na pociechę”.

Andrzej – lekarz OIOM-u. Wielka odwaga, wspaniałe poczucie humoru, wiedza i charyzma. Jego trzeźwość umysłu i siła charakteru uratowały moje życie, kiedy nie było już czego ratować. To jego oczy zobaczyłam wracając z wielkiej jasności, która mnie wzywała. Nikt tak jak on nie potrafił uśmierzyć mojego fizycznego bólu uśmiechem w oczach i medykamentem w płynie. Człowiek, który do końca życia ma miejsce w najcieplejszym zakątku mojego serca.

(dajmy na to) Antoine (bo nawet nie wiem jak miał na imię) – młody lekarz, burza ciemnych włosów w nieładzie, niedbałe spojrzenie amanta. Spot kitla widoczny szary T-shirt, jeansy i Conversy. Nigdy nie rozmawialiśmy. Leczył mnie przechodząc korytarzem;)

Claire – młodziutka pielęgniarka, słodka jak landrynek i nieudolna jak dziecko. Kiedy próbowała pobierać mi krew pękały po kolei wszystkie żyły, co pozostawiało oberżynowe placki na długie tygodnie. A ona patrzyła na mnie ze skruchą i bezradnością długich rzęs pokazując na telefonie przetłumaczone z francuskiego zdanie „I will get there!”. Niestety, nigdy jej się nie udało.

Ewa – oddziałowa. Kobieta-dynamit. Piękna i pełna radości życia, rozgadana, znająca kawał na każdą okazję. Podczas najboleśniejszych zabiegów przytulała mnie do obfitego biustu i pozwalała moim łzom znikać w kieszeniach jej fartucha. Po drodze do pracy kupowała dla mnie świeże truskawki i ugniatała z cukrem jak dla dziecka.

Ewa – pielęgniarka, pulchna, miękka i ciepła. Objawienie cierpliwości i empatii. Po miesiącu mojego leżenia na wznak, niemal bez ruchu, pod wszelką skomplikowaną aparaturą wydreptała dla mnie zgodę na mycie. A była to operacja niczym przygotowanie sondy kosmicznej do startu. Z całą tą aparaturą przełączoną na zasilanie akumulatorowe przełożono mnie na specjalne łóżko kąpielowe i zawieziono do myjni. Tam, niczym auto F1 z każdej strony myło mnie i polewało ciepłą wodą kilka osób, delikatnie, by nie naruszyć mojej ażurowej konstrukcji i nie zarysować lakieru. Potem ona osuszyła, opatuliła i przystąpiła do rozczesywania moich długich włosów, skołtunionych niemożebnie od leżenia, nie mytych i nie czesanych od ponad miesiąca. Czesała pasmo po paśmie. Dwie godziny. Pachniałam. Ciepła woda obmyła więcej niż moje ciało. Trud przy czesaniu włosów się opłacił tylko na miesiąc. Po chemioterapii wypadły wszystkie.

Iwona – pielęgniarka z OIOM-u kochająca dzieci, ludzi książki i przyrodę. Wiem, że gdybyśmy spotkały się w innych okolicznościach byłybyśmy sobie bardzo bliskie. Jednak dostałyśmy tylko kilkanaście dni. To jej zawdzięczam niezapomniane uczucie włożenia stóp do miski z ciepłą wodą postawionej na moim łóżku, to ona miała najszczersze łzy w oczach, kiedy zabierano mnie do innego szpitala.

Liu – praktykantka na oddziale kardiologii w paryskim szpitalu. Prześliczna i krucha. Małe dłonie, drobniutkie palce i cudowna buzia uwydatniona kontrastem bieli fartucha i granatowej czerni włosów. Miałam czas jej się przyjrzeć podczas mojego badania echa serca, które wykonywała pod okiem przełożonej. Nigdy wcześniej nie widziałam w oczach takiej niezłomności, determinacji i uważności. Uderzało to tym bardziej, że były to całkowicie niewinne, wręcz naiwne oczy dziecka.

Małgosia – drobniutka pielęgniarka o słodkim, dziecięcym głosie, iskierka. Cały wieczór głaskała mnie po dłoni, bym w końcu złapała oddech, całą noc wpatrywała się we mnie i monitory, żeby niczego złego nie przeoczyć. Zanim poszła na urlop, wyprzytulała i wycałowała jak siostrę, ze łzami w oczach. Dobra, oddana i szczera. 

Rafał – lekarz oddziału kardiologii, mistrz Dopplera. Badania przeprowadza długo, skrupulatnie w skupieniu tak absolutnym, że aż powietrze wokół zastyga. Nic nie umknie jego uwadze, nawet najmniejsza, choćby milimetrowa zmiana. Obejrzał moje serce z każdej możliwej strony i pomimo tysięcy obejrzanych serc wciąż nie może uwierzyć jakim cudem moje uległo tak cudownej, anielskiej, wręcz boskiej regeneracji.

Radek – pielęgniarz, młodszy ode mnie kilka lat, chłopak o niespotykanej życiowej mądrości, skory do żartów, oddany. Dokonał dwóch wyczynów – umył mi włosy nie podnosząc z łóżka na OIOM-ie, przy dźwiękach Guns’n’Roses, a potem nauczył czym jest zaufanie, kiedy po wstrząsie kardiogennym postanowiłam nie spać, by pilnować swoich parametrów. Uśmiechnął się tylko łagodnie mówiąc „Śpij…i tak sama nic nie zrobisz.”. Zasnęłam. Wiem, że czuwał przy mnie calutką noc.

i drugi Radek – pielęgniarz. Ciepły, prostolinijny i zwyczajnie dobry facet. Wzajemnie poprawialiśmy sobie humor w trudnych dla mnie chwilach, ale jeśli było trzeba przenosił mnie na rękach na stół operacyjny albo mył ostrożnie od stóp do głów w szpitalnym łóżku. Ponoć póki leżałam na OIOM-ie chętniej przychodził do pracy. Po prostu się lubiliśmy. I któregoś wieczoru, kiedy mnie wymył, leżałam nagusieńka. OIOM był pusty. Nawet lekarz wyszedł na chwilę. On zmieniał pościel przewracając mnie delikatnie z boku na bok. Wreszcie usiadłam, by rozczesać włosy, a on poprawiał poduszkę. W tych okolicznościach zastał nas lekarz. Ja goła, z rozpuszczonym włosem, pościel skotłowana, a on zmęczony po turlaniu mnie w tę i z powrotem. Lekarz ze śmiechem pokręcił głową: „No, no…ładne rzeczy, to dopiero terapia! Pacjentka w świetnej formie widzę, włos rozpuszczony.” Zawstydziłam się nieco, choć żart był trafiony, i żeby się wytłumaczyć z tego nieładu wybąkałam: „Tak panie doktorze, bo właśnie gdzieś nam się zapodziała gumka.” W tym momencie Radek wysupłał moją gumkę do włosów z prześcieradła i mogłam zwinąć nieznośne kosmyki w kok. Ale nikt już tego nie zauważył, bo wszyscy troje pękaliśmy ze śmiechu.

 Valerie – pielęgniarka o hebanowej skórze, głosie Whoopie Goldberg, zaraźliwym śmiechu i poczuciu humoru. Tańczyła dla mnie na szpitalnym korytarzu, żebym przestała płakać. Zażądała wspólnego selfie i odwiedzin w Warszawie. Czarna perła z Kamerunu. Skarb. Radość i pochwała życia. Zanim zeszła z dyżuru przed moim wyjazdem tak czule mnie przytuliła, że utonęłam na chwilę w kłębowisku czarnych loków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *